Żywy czy martwy kompozytor

Na portalu ” Opera info” toczy się ważna debata na temat współczesnego teatru operowego. Ponieważ zostałem do niej zaproszony i wciągnięty do dyskusji przez znakomitego znawcę opery Piotra Kamińskiego, pozwolę sobie kilka tez z mojej wypowiedzi również i tutaj umieścić, ale zainteresowanych odsyłam do wspomnianego znakomitego portalu, żeby oddać sprawiedliwość moim polemistom.

Teatr jest istotą ŻYWĄ!!! To jest zasadniczy punkt wyjścia do mojego myślenia o operze i do mojej w niej działalności, której poświęciłem swoje życie. Tam na scenie żywi ludzie próbują przekonać nas, że przeżywają prawdziwe emocje. Nawet jeśli odbywa się to przy pomocy wyraźnej konwencji i formy, to najważniejsze w ich pracy jest to, by pokazać, że emocje zawarte w muzyce są tak prawdziwe, jak nasze na widowni. Każdy fałsz w ich grze, postawie, napięciu jest równie bolesny i nie do przyjęcia jak fałszywa nuta. I tak jak harmonię dźwięków mierzymy naszym żywym uchem, tak prawdę emocji śpiewaka mierzymy naszą wrażliwością tu i teraz. Świat zmienia się w zawrotnym tempie. Nawet wspaniałe stare filmy denerwują nas nie tym, o czym opowiadają, tylko tym jak opowiadają. Cóż dopiero teatr, który starzeje się w tym samym tempie, co my.

Wierzyliśmy, że kiedy obalimy komunę i przepędzimy ruskie wojska, Polska stanie się krainą mlekiem i miodem płynącą, a rodacy znów bedą do siebie mówić “Panie bracie”. Kiedy widzimy dzisiaj, że naród jest głębiej podzielony, niż kiedykolwiek, a fale nienawiści wyższe niż w czasach naszej młodości, to rozumiemy, że dzisiaj i wczoraj to dwa różne światy. Oglądam swoje stare spektakle, które kiedyś odnosiły takie imponujące sukcesy i umieram ze wstydu, bo dzisiaj zrobiłbym je inaczej. Nie wspomnę już o tak istotnych przemianach, że sztuka przed holocaustem i po holocauście budowana jest na zupełnie innych fundamentach. Religijność w czasach baroku, a religijność w czasach współczesnej nauki i przejawów fanatyzmu tych, co tej nauki nie przyjmują do wiadomości, to zupełnie inna religijność. Muzyka w epoce Verdiego i dopuszczanie w niej nowatorstwa to zupełnie inny świat niż świat Warszawskiej Jesieni i Pendereckiego jako klasyka dla szalejącej kompozytorskiej młodzieży.

Zmierzam do tego, co w żartobliwej odzywce z “Wesela” skwitowane zostało “Gdyby Chopin dzisiaj żył, to by pił”, a co przekłada się na moją stuprocentową pewność, że gdyby Mozart siedział dzisiaj ze mną na próbach reżyserskich, to zmieniałby swoją partyturę o wiele bardziej radykalnie niż ja to ośmielam się robić. Zgoda, że wielka muzyka prawie się nie starzeje. Sam jestem zafascynowany tym zjawiskiem niesłychanej żywotności arcydzieł muzycznych, ale libretto??!! Przecież w co drugim libretcie operowym roi się od staroci, które dzisiaj nie mają ani wdzięku, ani sensu. Ośmielę się twierdzić, że znam Mozarta, Verdiego, Pucciniego, jakby byli moimi dobrymi przyjaciółmi.Wielbię ich geniusz i rozumiem ich intencje. Chcę z nimi rozmawiać i współpracować jak z żywymi przyjaciółmi, a nie jak z zabalsamowanymi trupiakami, przy których tak jak w mauzoleum Lenina nie wolno głębiej westchnąć.

Nabożna cześć dla zmarłych, która jest tak istotną częścią polskiego życia duchowego, nie może obejmować obchodzenia się z partyturą, która jest tylko punktem wyjścia do spektaklu dla żywych ludzi tu i teraz. Mówię to jako reżyser, który wielokrotnie siedział na próbach obok żywych kompozytorów i kłócił się z nimi o zmiany niektórych fragmentów. Nie ma piękniejszej i trudniejszej pracy, niż wspólne próby z żywym kompozytorem. Krzysztof Penderecki, Elżbieta Sikora, Zygmunt Krauze, Zbigniew Rudziński, Joanna Bruzdowicz, Reiner Kunad, Marcel Landowski, Krzysztof Meyer – wszyscy oni współtworzyli ze mną spektakle i nieraz bardzo radykalnie zmieniali partytury ze względu na potrzeby inscenizacji i interpretacji teatralnej. To było wspaniałe współtworzenie, jak wspaniałe musiało być w teatrze elżbietańskim kreowanie spektakli z żywym Szekspirem na widowni. Tak było i z Mozartem i z Verdim, którzy brali czynny udział w próbach. Nie mówiąc już o Wagnerze, który sam był wybitnym inscenizatorem. Jestem przekonany, że nie chcieliby, by ich opery traktowane były jak muzealny obraz, a spektakl był tylko ramą mniej lub bardziej wyzłoconą. Byli prawdziwymi geniuszami teatru, ale takiego, który już dzisiaj jest martwym zabytkiem. Gdyby żyli, może nie wszyscy by pili, ale z pewnością wszyscy chcieliby tworzyć teatr żywy, przejmujący z prawdziwymi problemami i emocjami.

<< Wróć do poprzedniej strony