Zespół

Wszyscy moi mistrzowie od Moliera do Hubnera uczyli mnie, że teatr to zespół artystów i ich pomocników podporządkowany jednej idei, wspólnym zasadom, wierny pięknemu hasłu muszkieterów „jeden za wszystkich, wszyscy za jednego”. Rzeczywistość teatralna, jak zwykle, daleka jest od ideału, ale staramy się wszędzie, by go jakoś przybliżyć. Na sali prób, na długo przed premierą odbywają się spotkania, gdzie niezbędne jest nawiązanie pomiędzy aktorami dość intymnych kontaktów. Wejście w rolę wymaga pewnej dozy bezwstydu i poczucia bezpieczeństwa, że obecni przy tym koledzy nie drwią sobie w duchu i nie komentują poza teatrem niemożliwych do uniknięcia potknięć i konfuzji. Wzajemna lojalność jest więc niezbędnym elementem profesjonalnego aktorstwa, mimo naturalnej w tym zawodzie konkurencji i hierarchii rodzącej zawiść i poczucie niesprawiedliwości. Zespół teatralny jest zatem bliższy modelowi rodziny, niż innym grupom zawodowym, gdzie każdy wykonuje swoją pracę niezależnie od rodzaju więzi łączącej go z koleżeństwem.

W operze jest w tej dziedzinie nieco inaczej ze względu na większą rozpiętość hierarchii solistów, których stawki oscylują od tysiąca do stu tysięcy za rolę, co w dramacie byłoby niemożliwe. Inaczej jest także z powodu większej ilości gościnnych występów artystów z dalekich często stron. Niektórzy z nich przyjeżdżają w ostatniej chwili wchodząc w gotowe już spektakle po kilku próbach. Więzi międzyludzkie są wtedy znikome, a o lojalności rozprawiać mogą jedynie naiwni marzyciele. A przecież opera bywa też teatrem i jego reguły obowiązują również na jej scenie i salach prób. Niełatwo to pogodzić i w ciągu mojej trzydziestoletniej praktyki tylko sporadycznie miałem szczęście pracować z prawdziwym zespołem. Ponieważ jestem naiwnym marzycielem, postanowiłem, że w Operze Bałtyckiej, którą powierzono mi osiem lat temu, doprowadzę do tego ideału wspólnej pracy, jaki został mi wpojony przez mistrzów i będę dbał o etyczny kształt mojej ekipy tak starannie, jak o jej estetyczne walory w konkretnych prezentacjach.

Trudnością, która stanęła na przeszkodzie, był brak zespołu etatowych solistów, bo kiedy rozpocząłem swoje dyrektorowanie, pierwszą decyzją personalną było pozostawienie z dawnego składu tylko jednego znakomitego tenora. Pozostałe obsady miały być dobierane z castingów przed każda produkcją, żeby z ogólnopolskiej puli śpiewaków wybierać najbardziej wartościowe propozycje do każdej postaci. Tak było przez kilka lat, w ciągu których utrwaliła się grupa tych, których uważaliśmy za najwybitniejszych w swojej klasie i najbliższych naszym wyobrażeniom o artyście operowym łączącym zalety talentu muzycznego z walorami głosowymi, a te z osobowością aktorską, pracowitością, niezawodnością i akceptowaniem moich pomysłów inscenizacyjnych. Wielu śpiewaków, często wybitnych, gościło w naszych spektaklach. Spośród nich powoli wyłaniał się kształt naszego zespołu, który mimo, że nie był związany z nami etatem, stawiał się niezawodnie na każde wezwanie i wspaniale się rozwijał cementując wzajemne więzi, o których wspomniałem wyżej.

Nie zdarzyło się przez te osiem lat, żeby ktoś z nich zachorował, wybrał lepszą finansowo propozycję, odmówił roli, czy zawiódł w czasie prób jako artysta i przyjaciel. To grupa wspaniałych ludzi, z którymi nie chciałbym się rozstawać do końca moich dni w teatrze. Czuję się szczęściarzem, że mimo tych trudności z formalnym zatrudnieniem, które nie pozwalają mi nikogo z nich przymusić, by pracował w Bałtyckiej, mam taki wymarzony zespół, który jest prawdziwym fundamentem pracy reżysera i jednocześnie koroną skomplikowanej struktury operowej, gdzie przecież istnieje jeszcze zespół chóru i orkiestry, tancerzy BTT, techniki i administracji. Wszyscy oni tworzą wielka rodzinę, za którą czuję się odpowiedzialny. Czasem się kłócimy, często mają do mnie żal, że jestem ojcem – biedakiem w porównaniu z innymi polskimi operami, że nie zawsze idę tą drogą artystyczną, jaką większość rozumie i akceptuje, ale przecież nie jesteśmy ze sobą związani na wieki i ten krótki czas, jaki został nam dany na tworzenie teatru jest naszym wspólnym skarbem, a zespół pod szyldem Opery Bałtyckiej czymś unikalnym nie tylko w świecie opery, ale i w naszym życiu osobistym. Ten właśnie zespół ma jutro swoją kolejną premierę, pewnie najtrudniejszą z dotychczasowych, bo to przecież „Otello” Verdiego. Trzymam za was kciuki, moi kochani!

<< Wróć do poprzedniej strony