Za sterami BTT

Wiadomo, że każdy zespół ludzi jest organizmem złożonym. Niełatwo nim kierować, żeby osiągnąć określony cel. Od tria, powiedzmy fortepianowego, przez drużyny piłkarskie, zespoły teatralne, czy orkiestrowe, spółdzielnie, czy korporacje aż po partie polityczne, państwa czy organizacje globalne jak Unia Europejska – we wszystkich tych strukturach obowiązuje wspólny kodeks podstawowych praw dotyczących przywództwa. W czasach demokracji, kiedy nie da się już rządzić ludźmi jak Kmicic swoimi Tatarami, władza przywódcy związana jest między innymi z koniecznością przyzwolenia grupy na sposób jej sprawowania. Tam gdzie jest to skodyfikowane, te relacje są bardziej przejrzyste i łatwiej je korygować. Wszelkie akty prawne z Konstytucją na czele, niezliczone kodeksy, ustawy, regulaminy i umowy pomagają przywódcom trzymać się w ryzach i prowadzić czujny dialog z podporządkowaną sobie zbiorowością. Nawet taki Łukaszenka musi co jakiś czas urządzać wybory i tak nimi manipulować, żeby naród miał poczucie, że sam wybrał swojego przywódcę.

Specyfiką teatru jest to, że najważniejsze decyzje, czyli decyzje artystyczne podejmowane są na podstawie apodyktycznych sądów jednostki i, jak na razie, wszelkie próby ujęcia ich w karby przepisów nie dały pozytywnych rezultatów. Artysta teatru, który kreuje swoje dzieła przy pomocy ludzi, musi pogodzić swoją wizję wymagającą całkowitej wolności twórczej i odwagi pójścia pod prąd aktualnych tendencji, mód i reguł, z wybitnymi często i zróżnicowanymi osobowościami swojego zespołu. Nie może, tak jak malarz czy poeta, tworzyć w bezpiecznej suwerenności swojego widzi mi się. Każdy jego akt artystyczny przekładany jest na człowieka specyficznie uzależnionego, a więc również rozmaicie zbuntowanego wobec narzucanych mu działań. Jeżeli w dodatku choreograf, czy reżyser jest szefem – pracodawcą, czyli od niego zależy wysokość wynagrodzenia za ową zależność, relacje z grupą nieodwołalnie się komplikują.

Pracuję jako dyrektor – reżyser w teatrach od ponad trzydziestu lat. Ten piękny zawód zawiera również potężną porcję goryczy i niewielu moich kolegów, a jeszcze mniej koleżanek wytrzymuje w nim długo. Szanuję ich i uczę się od nich wciąż nowych reguł gry w zmieniającym się gwałtownie teatrze. Mam też swoich uczniów i następców, którym próbuję przekazać wieloletnie doświadczenia Są wśród nich tacy, którzy mi imponują swoją determinacją. Ale najbardziej zaimponowała mi w ostatnich latach moja najzdolniejsza uczennica. Służyłem jej nie tylko radą i wiedzą, ale również pełną miłości opieką, kiedy pomagałem wędrować po stopniach kariery i sukcesów. Z pewnością było jej dzięki temu łatwiej pokonywać instytucjonalne przeszkody, ale też nieporównywalnie trudniej było jej przebijać się przez środowiskową niechęć do „żony dyrektora” i skłonności do lekceważenia jej talentu, który był odbierany jako część mojej protekcji.

Dzisiaj, kiedy Izadora Weiss jest uznawana przez specjalistów polskich i zagranicznych za jedną z najciekawszych artystek współczesnego teatru tańca nie tylko w kraju, ale i poza jego granicami, a nawet bardziej tam, niż tu – mogę wyznać, że widzę jej przyszłość nie tylko na najwyższej półce choreografów, ale również jako znakomitego menadżera i kierownika kompanii tanecznych w najpoważniejszych ośrodkach, gdyby z jakichś powodów musiała opuścić Gdańsk. Stworzyła tu w ciągu pięciu lat zespół wyróżniający się jakością pracy, doborem indywidualności, młodzieńczą dynamiką i wspaniałym etosem, tak rzadkim w naszych skomercjalizowanych czasach. Czasach, kiedy polskich absolwentów chcących uprawiać taniec współczesny w instytucji wymagającej stałego zatrudnienia, codziennych ćwiczeń i żelaznej dyscypliny w realizowaniu planów repertuarowych jest coraz mniej. Czasach, kiedy nawet Balet Narodowy musi coraz częściej zatrudniać wybranych z castingów tancerzy zagranicznych. Międzynarodowy skład zespołu stał się więc normą również dla BTT. Wynika z tego szereg komplikacji w prowadzeniu takiego składu. Takie okoliczności jak pozwolenia na pracę, zdobywanie wiz, język obowiązujący na próbach, zakwaterowanie, trudności integracyjne i przede wszystkim sama selekcja – stawiają przed szefem zespołu ogromne wyzwania.

Na casting zgłasza się do nas dwa razy w roku setka tancerzy z całego świata. Od Kanady i Brazylii, przez całą Europę i Rosję aż po Chiny, Japonię i Australię – przyjeżdżają do nas młodzi ludzie zwabieni rosnącą sławą BTT, filmami na naszej stronie, recenzjami na zagranicznych portalach i wreszcie urodą Gdańska. Z pewnością nie jest dla nich magnesem poziom naszych zarobków. Wybranie z tej ilości ludzi dwóch, trzech osób, które możemy przyjąć na miejsce tych, co się wykruszyli, jest bardzo trudne. Dopiero po miesiącu pracy u nas okazuje się, czy artysta oprócz przygotowanej na casting solówki potrafi zapamiętywać inne choreografie w szybkim tempie, czy ma kondycję fizyczną niezbędną do ciężkiej pracy i czy dysponuje wystarczającą muzykalnością do tańczenia poważnej i wymagającej muzyki, jaką proponuje Izadora w swoich spektaklach. Jeśli nie, trzeba mu podziękować i odesłać do domu. Bywa, że ten dom jest bardzo daleko. Taka decyzja jest niezwykle trudna i odpowiedzialna. Wymaga wielkiej determinacji, wiary w sens ustalonych zasad artystycznych i twardego charakteru, bo reakcje bywają przykre.

Sterowanie BTT to oczywiście przede wszystkim praca na próbach i utrzymywanie poprzeczki wymagań artystycznych na niezmiennym poziomie. To również budowanie obsad, gdzie każdy błąd ma swoje nieobliczalne skutki, a każda trafna decyzja podnosi jakość spektaklu w sposób zasadniczy. Decyzje obsadowe niejednokrotnie kończą się rozżaleniem i przykrymi rozmowami. Tutaj bez stanowczego charakteru nie ma najmniejszych szans zachować prawdziwe przywództwo. Jedną z pierwszych uwag, jakie mistrz Kylian miał po tym jak obserwował pracę BTT, że Izadora traktuje ludzi bardzo sprawiedliwie. Moje obserwacje z punktu widzenia dyrektora są podobne i mogę dodać, że ta sprawiedliwa ocena możliwości każdego tancerza połączona jest u niej z dalekowzroczną troską o rozwój każdego z nich, co jest tak ważne nie tylko dla ich indywidualnych korzyści, ale ma ogromny wpływ na morale całego zespołu. Ludzie widzą, że każdy ich wysiłek ma sens i jest opłacalny. Ich wynagrodzenia ponadnormowe zależą od tego, co tańczą. Po każdej premierze Izadora precyzyjnie ustala dla każdego procenty od pensji, jakie za daną postać będą wypłacane. Różnice są symboliczne, ale dla tancerzy ma znaczenie, że zarobki zależą od ilości i jakości pracy. I tu nie przyjdą z pomocą żadne regulaminy, ani dyrekcyjne odgórne rozstrzygnięcia. Choreograf – kierownik musi za te ustalenia wziąć pełną odpowiedzialność.

Artystyczne decyzje w zespole należą wyłącznie do Izadory, ale również ona podejmuje codziennie te, które wiążą się z promocją i wizerunkiem BTT na zewnątrz. Każde zdjęcie jest przez nią starannie wybierane, każdy film osobiście montowany, każdy mejl impresariat musi z nią uzgodnić. Od dawna nie wtrącam się do tych decyzji nie dlatego, że jest mi to obojętne. Sam jestem równie apodyktyczny w tych sprawach w promocji opery. Ale okazało się, że moja wiedza i zdolności w tej dziedzinie są mierne w porównaniu z bezbłędnym okiem Izadory, która nie zawsze ma czas i możliwości wykonania wszystkich swoich zamierzeń, ale w swoich ocenach artystycznych nigdy się nie myli. Dlatego też z pokorą przyjąłem zakaz przychodzenia na jej próby i wtrącanie się moim zwyczajem w teatralną problematykę spektakli. Skończyły się czasy nauk i porad. To raczej ja korzystam teraz z jej podpowiedzi. Ona od kilku lat pracuje w osamotnieniu, jak każdy wybitny artysta, który wie dokąd zmierza i jak tam trafić. Jej talent przerósł mnie nieodwołalnie i mogę tylko z radością w sercu śledzić kierunek w jakim ją prowadzi oraz piękne rezultaty jej ciężkiej pracy.

<< Wróć do poprzedniej strony