Skomercjalizowana Szymborska

Twórczość naszej wielkiej poetki jest tutaj pretekstem do gwałtownego protestu wobec bezmyślnej komercjalizacji sztuki. Nie mam nic przeciwko zarabianiu pieniędzy przez fundację sprawującą pieczę nad jej dorobkiem, ale widzę oczyma duszy, jak pani Wisława zżyma się na tamtym świecie patrząc, jak się to robi. Stoisko z gadżetami a la Szymborska w słynnej sieci księgarń, która przekształciła się ostatnio w bazar, gdzie książki zostały zepchnięte w kąt, jeszcze można by potraktować z właściwym dla poetki poczuciem humoru. Ale wydanie w nobliwym kiedyś „Znaku” wierszy, które nie były przez nią uznane za dość dobre, by się nimi legitymować, wydaje mi się dyskusyjne. Już nie wspomnę o słynnym Mercedesie i wielu medialnych akcjach popularyzujących tę cudownie skromną kobietę w wątpliwy z pewnością dla niej sposób.

Czymże jednak jest delikatne napięcie pomiędzy wysoką klasą poezji, a jej popularyzacją za wszelką cenę, w porównaniu z presją, jaka wywierana jest na artystów operowych, by prezentowali ten trudny, najbardziej skomplikowany i najbardziej wyrafinowany gatunek sztuki tak, by każdy prosty człowiek miał poczucie, że i on może w tym partycypować. Nie ma na to zgody. Co innego jest słuszne umożliwianie każdemu udział w odbiorze opery, tłumaczenie w programach, wygłaszanie pogadanek przed spektaklami i prelekcji przed. Ale ważne, żeby potem zagrać dzieło Mozarta tak, jak ono powinno być zagrane. Nie jest popularyzacją opery koncertowanie byle jakich śpiewaków z fortepianem, w sukni własnego pomysłu i interpretacją zmierzającą do uproszczeń niepotrzebnych zawiłości. Tak jak nie jest popularyzacją światowej klasy poezji Szymborskiej używanie limeryków, które były jej rozrywką, pasjansem, bon motem przy kawie, ale nie twórczością uhonorowaną nagrodą Nobla.

A jednak presja, że wszyscy są równi i że trudne zadania w odbiorze sztuki obrażają prostego człowieka, który nie miał czasu na edukację, lektury, słuchanie muzyki i przemyślenia, powoduje, że coraz liczniejsze rzesze twórców, dziennikarzy i decydentów ulegają pladze popularności. Słupki oglądalności, które zmasakrowały telewizję publiczną, nie mówiąc o komercyjnej na całym świecie, stały się kryterium, z jakim coraz trudniej dyskutować. Poczucie godności artystycznej, wstręt wobec podlizywania się prymitywnym gustom, dbanie o własny wizerunek oparty na systemie wartości staje się czymś nagannym i niegrzecznym. Każdy, kto gardzi puszczaniem się w reklamach nie jest już archaicznym dziwolągiem, ale wrogiem publicznym, którego pogarda obraża to, co powszechne, znane i kochane. Każdy, kto podważa sens docierania do prostego człowieka ze skomplikowanym przekazem uproszczonym do bólu, nie jest demokratą, a więc staje się reliktem obalonych systemów społecznych, gdzie żyli obok siebie mądrzejsi i głupsi, zdolni i miernoty, równi i równiejsi. Każde zróżnicowanie w łonie nowoczesnego społeczeństwa traktowane jest jak zamach na zdobycze demokracji i postępu.

Trudno – biorę razem z moja Operą Bałtycką udział w tym zamachu i nie godzę się na naginanie gatunku operowego do możliwości każdego, a więc i tego, kto nie słyszy, nie rozumie i chce się tylko bawić. Dopóki tchu w piersiach, nie będziemy popularni, znani i lubiani. Powie ktoś, że mylę popularyzację z komercjalizacją. Ale to znaczy, że nie dość uważnie czyta tę wypowiedź. Powie ktoś, że takie fanaberie można sobie uprawiać za własne pieniądze, a nie za publiczne. Otóż jest dokładnie odwrotnie. To właśnie publiczne pieniądze są po to, żeby wspierać sztukę wysoką i niepopularną. Niska sobie poradzi, bo przecież wszyscy polecą i zapłacą słono za bilet. A skąd wiemy która jest naprawdę wysoka? Oto jest pytanie! Niejedna debata odbyła się w tej sprawie, niejedna krew się polała. O tym są całe biblioteki i dorobek wielu pokoleń. Niech czyta i studiuje, kto ciekawy.

<< Wróć do poprzedniej strony