Ptak i jego gniazdo

Pisałem już o „dark roomie” internetu, a debata o jego wadach i zaletach trwa od lat. Z jednej strony całkowita swoboda wypowiedzi anonimowych napastników, która wyzwala często w ludziach słabych i tchórzliwych agresję i chamstwo ponad wszelkie spodziewanie, z drugiej strony wolność jako wartość najwyższa w dzisiejszym społeczeństwie demokratycznym, której obrona za wszelką cenę jest obowiązkiem każdego myślącego człowieka.

Staram się więc nie zaglądać na fora, gdzie zawsze gotowa do ataku grupka nienawidzących mnie przeciwników mojej dyrekcji w Operze Bałtyckiej czeka na okazję, żeby mnie opluć. Tym bardziej, że od dwudziestu lat pracuję z moją żoną i nie zważam na częste w naszym kraju oburzenie na tego typu partnerstwo. Co innego kochanek, przyjaciel, szwagier, czy siostra, ale jawna współpraca z żoną woła według wielu zacnych ludzi o pomstę do nieba. Trudno. Dopóki żona tworzy piękne spektakle, będę z nią pracował. Znosimy więc bez żalu anonimowe ataki, w których tak wiele jest kłamstw i pomówień. Od czasu do czasu staram się tylko prostować niektóre błędne informacje dla dobra czytelników, którzy z takich fałszywych wpisów czerpią swoją wiedzę o naszym teatrze.

Jednak ostatnia fala ataków po mojej rozmowie z redaktorem Rudzińskim lekko mnie zaniepokoiła. Pojawiły się tam dwa nowe zagrania nie fair, których nie mogę zlekceważyć. Pierwsze, to atak na marszałka Struka, który jest patronem naszych sezonów i znawcą naszych spektakli, jakie wszystkie osobiście ogląda. To jego głos jest decydujący w debatach sejmiku przyznającego nam budżet i zatwierdzającego działalność. Bez jego rzetelnej, sprawiedliwej oceny i zrozumienia istoty działalności instytucji zajmującej się sztuką wysoką, nie byłoby opery w Trójmieście, a już z pewnością nie byłoby takiej, jaką prowadzę od ponad siedmiu lat. Nasi przeciwnicy, wśród których jest wielu miłośników klasycznego baletu i tradycyjnych spektakli operowych, a szczególnie operetkowych czekają, kiedy się to odmieni i przyjdzie nowy dyrektor, a wraz z nim stara wersja Opery Bałtyckiej. Srodze się zawiodą, bo po mnie przyjdzie jeszcze nowsza.

Ponieważ wśród tych przeciwników formacją aktywną i bojową są byli pracownicy naszego teatru, których z różnych powodów pozbawiłem udziału w naszych artystycznych przedsięwzięciach, uznali, że warto Pana Marszałka zaatakować wprost zarzucając mu brak oczywistej ich zdaniem reakcji na moje „fanaberie”, „nepotyzm” i „nieudolność” Wierzę, że marszałek Struk będzie nas bronił, tak jak premier Tusk bronił swoich ministrów, bo wiedział o nich więcej, niż postronni obserwatorzy życia politycznego i nie wątpił w ich kompetencje, ale rozumiem, że nie jest mu łatwo w przeddzień wyborów, gdzie liczy się każdy głos. Wiedzą o tym napastnicy i wypisują kłamliwe zarzuty pod moim adresem w myśl starej ruskiej reguły, że co napisane piórem ( a dzisiaj klawiaturą) tego nie wyrąbie się toporem. Zawsze coś do człowieka przylgnie. Na szczęście Platforma Obywatelska jest rzeczniczką racjonalnych prawd, a kłamstwa i pomówienia stara się lekceważyć.

Drugim nowym zagraniem , które budzi mój niepokój, jest pojawienie się w gronie napastników kogoś z wewnątrz teatru. Znaczy to, że ktoś, kto u mnie pracuje, mówi mi „dzień dobry” i ściska mi rękę, ma do mnie żal, czuje się niedoceniony,albo pokrzywdzony. Znając mnie tyle lat moi ludzie wiedzą, że drzwi do mnie są zawsze otwarte, stosunki w teatrze są przeważnie przyjacielskie i każdy może przyjść i na niesprawiedliwe postępowanie się poskarżyć. Nie zdarzyło się, żebym kogoś za to ukarał, wyrzucił, albo mścił się po kryjomu. Raczej próbuję wytłumaczyć, dlaczego dzieje się tak, a nie inaczej. Jeśli tylko mogę staram się ewentualne moje błędy naprawiać. Jeśli jednak ktoś używa „dark roomu” internetu do wyrównywania rachunków ze mną, to zwracam uwagę, że opluwa nie tylko mnie, ale cały teatr i jego ekipę, której praca składa się na kształt Opery Bałtyckiej i jest naszym wspólnym dziełem.

Taki ktoś wybitnie szkodzi instytucji, bo wszyscy zaczynają patrzeć na siebie podejrzliwie i do zespołu wkrada się nieufność, która jest śmiertelnym wrogiem teatru. „Zły to ptak, co własne gniazdo kala” głosi stare porzekadło. Było już o pliszce, którą zamieniłem na sroczkę, co ogonek chwali. Teraz jest o paskudzie, co we własne gniazdo pluje, albo brudzi jeszcze gorzej i zamiast odfrunąć, dalej w nim się mości. Nie na długo, bo dni jego są przecież policzone. Jednak zasady zawarte w porzekadłach są wieczne i pozostaną. Pozostanie też wspólne gniazdo, które warto szanować bez względu na taką, czy inną dyrekcję. Tym bardziej, że prawdziwych gniazd jest coraz mniej i wkrótce nie będzie dokąd odlecieć, gdy się swoje pokala.

<< Wróć do poprzedniej strony