Prawo do życzeń

„Wszystkim pracownikom Opery Bałtyckiej życzę Szczęśliwych, Spokojnych, ale i Radosnych przy spotkaniu z bliskimi i z sacrum, Świąt Bożego Narodzenia. Oby stały się okazją do odnalezienia we własnym sercu tych wartości, które tak łatwo zaniedbać w codziennym pośpiechu i kłopotach. Niech będą okazją do spotkania również z samym sobą i odkrycia, że jesteśmy lepsi niż nam się na co dzień wydaje. Z tym odkryciem wejdźmy w Nowy Rok z nadzieją, że przyniesie nie tylko polepszenie bytu, ale i utrwalenie tego poczucia wartości nadającego naszemu życiu sens” – takie osobiste życzenia ode mnie wywiesiłem na tablicy w instytucji, którą kieruję od siedmiu lat. Ale czy mam prawo pisać tak do swoich ludzi? „Solidarność” teatru weszła ze mną w spór zbiorowy kilka miesięcy temu w związku z faktem, że od trzech lat pracownicy nie dostali żadnej podwyżki. Budżet został od tych trzech lat zmniejszony i nie zanosi się, żeby w Nowym Roku się zwiększył.

Instytucje kultury przeżywają powolną agonię, mimo, że podobno pieniędzy na kulturę jest generalnie więcej. Ale może cała ta nadwyżka idzie na wydarzenia, festiwale, nowe projekty i nowe gmachy. Najmniej ważne staje się to, co w sztuce jest najważniejsze – codzienna praca, regularne spektakle i wysoki poziom każdego spotkania z widzem. Piszę i wypowiadam się o tym z goryczą przy każdej okazji od wielu lat. Czy ważna jest stała obecność Mozarta w polskim życiu muzycznym? Widać po losach Warszawskiej Opery Kameralnej, że nie. Czy ważne są ambitne projekty artystyczne? Widać po Białymstoku, że nie. Czy ważne są losy polskich orkiestr i chórów, gdzie setki muzyków ćwiczą codziennie od lat, żeby grać regularnie na swoich instrumentach, których nie da się używać sporadycznie, bo tracą głos? Chyba nie. Jak mają się skupić na takim codziennym graniu, jeśli zarabiają znacznie poniżej średniej krajowej, bo pensje w instytucjach kultury ubliżają ich umiejętnościom i dzieciństwu poświęconemu na żmudną naukę gam? A co powiedzieć o tych, którzy od dziesiątego roku życia stoją codziennie od rana przy drążku baletowym, a wieczorem tańczą do ostatniego tchu? Żaden z tych wysiłków nie ma wpływu na zasobność portfela.

Nacisk, żeby uprawiać sztukę popularną i strawną dla każdego sięga już prawdziwej psychozy. Ma się opłacać! Ma być oglądalność! Nie można przynudzać! Niech będzie szybko i głośno! I koniecznie coś nowego! Tylko wtedy sponsorzy rzucą łaskawie swoje datki, bo one muszą się przekładać na ilość odbiorców. Nikt nie pyta o wartości. Nikogo nie obchodzą subtelności i czyste akordy sławiące wzniosłe tematy. Na szczęście w Gdańsku mamy firmę Lotos, i jej prezesa, który chce wspierać wartości artystyczne i bezkompromisowe ambicje. Ale gdzie są inni potentaci finansowi? Ich uwagę przyciąga sport i popularne imprezy masowe. Tak więc to, co wymaga najwyższego kunsztu, pracowitości, i wiedzy jest najmniej opłacalne! To jak mam przekonać moich ludzi, że warto się temu poświęcić? Przecież mają dzieci, kredyty, schorowanych rodziców i marzenia, żeby raz spędzić wakacje na Majorce. Opowiadać im o zaszczytach? O sztuce wysokiej? O godności artysty, który nie sprzedaje się do tandetnych przedsięwzięć? O honorze, jakim dla widzów jest obcowanie z arcydziełami? Dobrze. Tak właśnie opowiadam.

Pytają, dlaczego w takim razie Opera Bałtycka, która należy do ścisłej czołówki artystycznej w swoim gatunku, ma najniższy budżet w kraju? Jedno z drugim nie ma związku? Okazuje się, że nie. Czego więc mogę życzyć jej pracownikom na Nowy Rok? O czym mam prawo napisać na tablicy do ludzi, którzy czują się zawiedzeni? Próbuję więc przekazać im prawdę o wzruszeniu, jakiego doznaję w tym miesiącu, kiedy oglądam zasłużony spektakl Traviaty zakończony stojącą owacją widowni pękającej w szwach, albo sensacyjny Sen nocy letniej tydzień później, gdzie nowa obsada dokonuje cudu wywindowania tego arcydzieła jeszcze oczko wyżej i wszystkie trzy spektakle są wyprzedane i oklaskiwane na stojąco. Opowiadam o tym, że to jest szczęście w życiu artysty, kiedy doznaje takiego przyjęcia od widzów. Żadna bieda po takim spektaklu nie odbierze mu radości, że dokonał przemiany w ludzkich sercach. Ale wtedy pytają, dlaczego z takiej przemiany nie da się utrzymać rodziny, tylko trzeba dorabiać na podlejszych imprezach. Dlaczego albo się uprawia wysoką sztukę, albo się zarabia? Nie umiem odpowiedzieć dlaczego musi być to „albo – albo”. Kto umie i nas oświeci?

<< Wróć do poprzedniej strony