Polak Polakowi...

Jestem hermetycznie zamknięty w swojej zawodowej specjalizacji i coraz gorzej orientuję się w przemianach, jakie zachodzą w innych, niż teatr operowy branżach. W tej mojej dzieje się coraz gorzej z powodów, jakie wielokrotnie tu opisywałem. Systematyczna komercjalizacja kultury, oglądalność jako cel najważniejszy, uproszczenia przekazów artystycznych, żeby każdy matoł mógł zrozumieć, co jest grane, przekonanie, że każdy może być artystą, bo przecież jest demokracja, a co za tym idzie miażdżąca przewaga ruchu amatorskiego nad profesjonalistami – to tylko najogólniejsze zjawiska wieszczące nieuchronny koniec sztuki rozumianej jako obszar działalności wyjątkowej, wymagającej talentu, pracowitości i odpowiedzialności za ochronę wartości i ich przekazywanie tym, którzy ich potrzebują, a nie potrafią ich nazwać.

Ale dzieje się coraz gorzej również z powodu braku zasad postępowania wobec siebie samych artystów, którzy z racji powiązań ich działalności z estetyką i etyką wydawali się predestynowani do elegancji i przyzwoitości. Nawet jeśli nie chcieli z tymi kategoriami mieć nic wspólnego i buntowali się wobec ich wymagań, to jednak orientowali się mniej więcej jak być powinno. Otóż odmienność czasów, których przyszło mi dożyć, polega na tym, że coraz więcej wokół siebie odnajduję osób, którzy nie mają pojęcia o przyzwoitości, nie wiedzą co to takiego, a elegancja kojarzy im się z aktualną receptą świata mody. Nigdy nie słyszeli, że czegoś nie wypada zrobić, nawet, jeśli się to doraźnie opłaca. Kradną cudze pomysły, tępią się nawzajem, składają fałszywe świadectwa przeciw bliźniemu swemu, kłamią notorycznie, bo prawda jest podobno względna, tchórzliwie potakują silniejszym i możnym. Od lat wiemy w środowisku, że rodacy nie pomagają sobie za granicą, że opluwają się wzajemnie nie tylko po to, żeby uzyskać coś zamiast innego, lecz po to, by ten inny niczego nie uzyskał. Ta bezinteresowna zawiść i szkodzenie wydawały nam się specyficzną cechą artystów, bo nerwica związana z robieniem kariery odbiera zdolność sądzenia, co złe, a co dobre. Lekceważący stosunek światowych stolic do naszych artystycznych dokonań doprowadza tę nerwicę na skraj patologii, ale rozumiemy te kłopoty w kraju, gdzie globalną karierę artystyczną poza Chopinem zrobiło zaledwie kilka osób, których na palcach jednej ręki można policzyć. Biedni i sfrustrowani kłócimy się więc między sobą i wyniszczamy wzajemnie mając nadzieję, że w innych środowiskach jest lepiej, że przyzwoitość, poczucie honoru, prawdomówność, czy tym podobne cechy można spotkać częściej, niż wśród nas.

Docierają jednak niepokojące wieści, że za murami show biznesu i sztuk wysokich również dzieje się coraz gorzej. Politycy, lekarze, kler, policja i inne branże poszły tą samą złą drogą i straciły etyczną busolę nie wiadomo na jak długo. To przygnębia już od dłuższego czasu. Ale ostatnio takim papierkiem lakmusowym całkowitej erozji przyzwoitości była dla mnie reakcja na wielki sukces Donalda Tuska w Europie. To, że był tak długo wybitnym premierem odsądzanym od czci i wiary przez tyle lat na różne sposoby, przypisywałem normalnej reakcji rodaków na wszelką władzę. Nasza władzofobia jest usprawiedliwiona historycznie i jeszcze długo nie przejdzie w normalny stan szacunku dla rządzących, jaki w demokratycznym kraju powinien chyba być zjawiskiem logicznym i większościowym. Skoro ich wybraliśmy, żeby kierowali, to widocznie mieliśmy do tego powody. Przecież nie zrobiliśmy sobie tego na złość! A jednak nasz stosunek do przywódców daleki jest od logiki. No, trudno, widocznie nie jest nam łatwo pogodzić się z tym, że ktoś, kto nami rządzi, nie jest automatycznie naszym wrogiem. Ale to, co pojawiło się w wypowiedziach telewizyjnych, radiowych, w prasie i na portalach społecznościowych po wyborze Tuska na prezydenta Unii przeszło moje najgorsze oczekiwania. Nie spodziewałem się, że jest z nami aż tak fatalnie. Myślałem, że to tylko artyści tak źle życzą sobie wzajemnie. Myślałem, że stary kawał o piekle polskim, którego diabły nie muszą pilnować, bo rodacy sami się wciągają do kotła, jest nieaktualny, bo przecież przeżyłem piękne lata Solidarnościi, kiedy przez jakiś czas byliśmy inni. Myślę o tym w dniu otwarcia Europejskiego Centrum Solidarności – wspaniałego pomnika tamtych dni i słucham bluzgów współbraci, na człowieka, który jest dla mnie imponującym owocem wspaniałej Gdańskiej mieszanki genetycznej, człowieka z którego jestem dumny jak z tego Centrum, będącego świadectwem, że Polak z Polakiem potrafią dokonać rzeczy wielkich, a nie tylko żreć się między sobą ku uciesze innych nacji.

<< Wróć do poprzedniej strony