Moje, nasze, twoje, wasze...

Od dzisiaj znów na scenie cztery przedstawienia „Burzy”, jednego z najpiękniejszych spektakli, jakie przez pół wieku miałem okazje oglądać na scenach całego świata. Pisząc to szczere i emocjonalne wyznanie w dniu, kiedy ukazała się również entuzjastyczna recenzja Jann Parry w brytyjskim Dance Tabs, mam świadomość, że znów wywieszam czerwoną płachtę wyzwalającą fale agresji ze strony naszych oponentów. W ich przekonaniu, mimo że dano mi prawo współpracy z moją żoną jako choreografem (a pracujemy razem już dwadzieścia lat), to jednak nie wolno mi jej chwalić i promować, bo to weszło w fazę „groteski” i jest „rarytasem co najmniej lokalnym”. Ciekawe, że pisze to osoba, która chyba rozumie pracę w tandemie, bo uprawia to w swoim zawodzie od lat. Od kilku też lat wykazywała wrażliwość i kompetencje w ocenie Izadory Weiss, będąc jedną z naszych najżyczliwszych recenzentek „lokalnych”. Nie wiem, co spowodowało, że największe osiągniecie choreograficzne Izadory ocenia jako coś, co „zaskakująco rozczarowuje”. Nie mogę i nie chce polemizować z jej gustem artystycznym i wiedzą baletową, ale muszę tradycyjnie na tym blogu sprostować pewne nieścisłości i przeinaczanie faktów.

Budowanie zespołu BTT trwa od pięciu lat i z całą pewnością nie zaczyna się „od początku” tylko dlatego, że odeszli Michał Łabuś i Natalka Madejczyk, a tak naprawdę zostali wyrzuceni dyscyplinarnie za chałturzenie na zwolnieniu lekarskim. To, co opowiadają po różnych redakcjach, jest zwykłą praktyką odstawionych od możliwości pracy i nie powinno wprowadzać w błąd pełnych współczucia dziennikarzy. Ich nieobecność w najnowszej premierze nie jest żadnym uszczerbkiem w poziomie artystycznym zespołu i warto dysponować elementarną wiedzą na temat tańca, żeby to właściwie ocenić. Wydaje mi się niestosowne wykorzystywanie recenzji z „Burzy” do wypromowania ich premiery w ramach Gdańskiego Festiwalu Tańca. Ale każdy przecież „edukuje elity intelektualne naszego regionu” wedle słów recenzentki, jak mu pasuje. Nie uważam jednak, żebym ja robił to w sposób „coraz bardziej niesmaczny” w porównaniu z innymi. Ale największe zdumienie wzbudziła we mnie wzmianka w owej recenzji, że Prospero i jego córka Miranda dostarczają „koincydencji z losem małżeństwa Weissów, wyalienowanych, chyba na własne życzenie, i przebywających na małej dwuosobowej wyspie w Trójmieście”. Nie przypominam sobie, byśmy się z panią recenzent znali dostatecznie dobrze, żeby mogła ona ocenić los mojego małżeństwa i wydawać sądy o naszej alienacji w Trójmieście, gdzie mamy wielu znakomitych przyjaciół, niekoniecznie z kręgów zbliżonych do redaktorów „Gazety Świętojańskiej”. To prawda, że nasza działalność artystyczna budzi spory i nie wszyscy akceptują naszą bezkompromisową drogę. A jednak wielu recenzentów i przede wszystkim nasza publiczność doceniają kierunek, jaki obraliśmy. „Otello” i „Burza” – tak surowo potraktowane przez niechętny nam od niedawna tandem redaktorów, są spektaklami które wieńczą naszą drogę. Jesteśmy bardzo szczęśliwi z ich realizacji i odbioru przez publiczność, ale te tytuły nie mają nic wspólnego z naszym prywatnym losem. Izadora ani nie jest żoną, o którą jestem chorobliwie zazdrosny, ani córką, którą chcę ukryć przed światem.

A Opera Bałtycka jest instytucją, którą prowadzę odpowiedzialnie od sukcesu do sukcesu pod bacznym okiem władz i najróżniejszych organów kontrolnych. Wiem, że nie jest moja, tylko „nasza” pod warunkiem, że to słowo dotyczy publiczności Trójmiasta, a nie kilku chętnych na moje miejsce, nie mogących się doczekać, kiedy zwolnię dyrektorski stołek.

<< Wróć do poprzedniej strony