Kto tu nie ma ducha?

Wysłuchałem niedawno w osłupieniu rozmowy w Radio Gdańsk na temat budowy nowej siedziby dla Opery Bałtyckiej. Po kilku latach pracy zacnego Komitetu Społecznego lobbującego w tej sprawie, po licznych dyskusjach medialnych, wypowiedziach osób zaangażowanych w tę ideę, po wielu naradach z udziałem Pana Marszałka Struka i Pana Prezydenta Adamowicza, którzy próbują znaleźć konsensus w arcytrudnej sprawie lokalizacji nowego obiektu mogącego się stać nie tylko największą chlubą architektoniczną regionu, ale też największym przedsięwzięciem budowlanym realizowanym przy pomocy funduszy europejskich, jednym słowem po licznych manifestacjach woli osób i środowisk w tej sprawie, by taki obiekt mógł powstać, jeden z dziennikarzy biorących udział w rozmowie wyraził opinię, że skoro nie ma ducha w obecnej dyrekcji opery, żeby doprowadzić rzecz do końca, to może zacznijmy budować muzeum sztuki współczesnej.

Nasłuchałem się w życiu nadużywania tego demagogicznego argumentu o duchu. Jest łatwy i prosty w użyciu, a jego pole rażenia jest doprawdy imponujące. Wystarczy, żeby głośno powiedzieć, że ktoś ma za mało ducha, albo że w tej, czy innej sprawie nie ma ducha i już mamy przeciwnika na łopatkach. No bo jaką linię obrony może przyjąć? Wołać, że ma tego ducha tyle ile trzeba? Nie udowodni tego, bo przecież ducha nie widać. Nie da się udowodnić również braku ducha, ale tu decyduje pierwszeństwo ciosu. Tak jak w wielu podobnych argumentach, z których moim ulubionym jest ten, że coś jest za mało polskie. Reżyserzy, pisarze i kompozytorzy dobrze znają ten prosty sztych, który wytrąca wszelką broń z ręki. Lubię też określenia takie jak „bezbarwny”, czy „nudny”, które czasem trudno zastąpić czymś innym, ale jednak powinny być bardziej doprecyzowane, żeby pozbawić ich tej zabójczej ogólnikowości stosowanej bezkarnie, bez potrzeby uzasadnienia wyroku. Cóż jednak począć z poczuciem bezkarności sędziów? Pozostaje tylko głośno protestować wobec niesprawiedliwych sądów. Wołam więc głośno, że jest duch w dyrekcji opery, żeby doprowadzić do budowy nowej siedziby! Żadna jednak dyrekcja na świecie sama opery nie zbuduje!

Pisałem już wiele razy, że gmach na rogu Hallera i Zwycięstwa jest za mały, przestarzały i postawiony na fundamentach, które powoli, ale systematycznie obniżają odporność na wstrząsy tramwajowe. Dach przepięknie ozdobiony drewnianym, zabytkowym sufitem nie zapewnia szczelności i zimą leje się z góry lodowate powietrze na widownię i na scenę, gdzie artyści przy pomocy procedur związkowych od lat walczą z chłodem wiejącym po plecach. Niebawem dołączą do tego ulewne deszcze, bo doraźne remonty niczego nie załatwią. Od lat z piękną muzyką, jaką staramy się serwować w naszej zasłużonej siedzibie, splatają się dźwięki komunikacji miejskiej, karetek pogotowia, motorów z całego kraju w sezonie letnim i upojonych radością kibiców wracających z meczu. Nie raz miałem przykrość w rozmowach na temat gościnnych występów artystów, czy zespołów wysokiej klasy ze świata usłyszeć argument, że chyba w tych warunkach nie da się osiągnąć sukcesu, nie mówiąc o nagraniu jakiejkolwiek płyty ze spektaklu, co gdzie indziej jest praktyką powszechną. Wołam więc głośno, że ten gmach nie spełnia warunków bycia operą w dzisiejszym świecie. Narażam się tymi słowami wielu lokalnym patriotom, ale taka jest prawda.

Marzenia o nowej operze w Gdańsku nie są moim wynalazkiem. Istniały tu na wiele lat przed objęciem przeze mnie dyrekcji. Będą istniały nadal po moim odejściu. Aż wreszcie się doczekamy, bo jeśli Trójmiasto ma mieć prawdziwą operę, to nie może to być najbiedniejszy zespół w kraju w najuboższym ze wszystkich gmachów. Naszą metropolię stać na wspaniały obiekt wykorzystujący swoją morską lokalizację jako widokowe zaplecze. Fundusze unijne pozwoliłyby dokonać tego dzieła właśnie teraz, gdyby nie elitarność gatunku, jaki uprawiamy, gdyby nie popularniejsze przedsięwzięcia, którym dano w Gdańsku zielone światło. Decyzja, żeby rozpocząć budowę nowej opery na pewno nie będzie popularna i nie ułatwi życia władcom regionu i miasta, ale gdyby nie determinacja jednego człowieka – burmistrza Sydney, to i tam mieszkańcy nie dopuścili by do budowy gmachu, który już od kilku pokoleń jest ich wizytówką i obiektem podziwu i zazdrości na całym świecie. Wierzę, że i tutaj tak będzie, pod warunkiem, że przynajmniej dziennikarze, którzy przecież odróżniają Mozarta od Dody, wesprą nasze starania swoim potężnym głosem, zamiast wątpić w jakiegoś enigmatycznego ducha i snuć absurdalne porównania ważności na przykład muzeum sztuki współczesnej z operą, która w każdym wielkim mieście jest koroną cywilizacji i świadectwem jego rangi.

<< Wróć do poprzedniej strony