Iść, czy nie iść w zawody?

Oto jest pytanie, bardzo aktualne w naszych czasach. Powszechna konkurencja wszystkich we wszystkim, wolny rynek zmuszający do niekończących się wyborów, presja ofertodawców i reklamożerców – wszystko to sprawia, że musimy się przyzwyczajać do permanentnych zawodów w każdej dziedzinie, jeśli chcemy coś osiągnąć. Wyścig szczurów – powiadają niechętni, ale takie pogardliwe określenia zwykle ułatwiają oceny, upraszczają zawiłości i nie mają nic wspólnego z rzetelną odpowiedzią, jak się w tym powszechnym wyścigu zachować. Co by nie sądzić o wyścigach, ustawy stanowią, że coraz więcej kierowniczych stanowisk musi być obsadzanych zwycięzcami konkursów. Rzecz w tym, że łatwiej wskazać w finale zwycięzcę, niż skompletować kompetentne grono sędziów. Ta uwaga w najmniejszym stopniu nie dotyczy rozstrzygniętego na początku roku konkursu na dyrektora Opery Bałtyckiej.

 

Wielu życzliwych i nieżyczliwych komentatorów wytykało mi wahania w związku z udziałem w tym konkursie. Początkowo byłem zdania, że moje osiem i pół roku na stanowisku dyrektora opery, to ilość czasu w zupełności wystarczająca do zbudowania własnego wizerunku teatru, zaprezentowania jego możliwości i wyczerpania mocy twórczej. Uważam, że dłuższe rządy nie wnoszą niczego nowego poza stagnacją artystyczną. A jednak uległem namowom niektórych moich autorytetów w kręgach władzy, w środowisku operowym i dziennikarskim oraz licznym miłośnikom wśród wiernej widowni. Zasadniczym powodem było przekonanie, że należy zadbać o dalszy rozwój i imponującą karierę Bałtyckiego Teatru Tańca. Ten fenomen artystyczny wykreowany przez Izadorę Weiss miałby dramatycznie utrudnioną sytuację we współpracy z jakimkolwiek innym dyrektorem. Wymagania organizacyjne tego wspaniałego zespołu są ogromnym wyzwaniem dla każdego menadżera, który chciałby utrzymać obecny poziom.

 

Opera Bałtycka od lat boryka się z poważnym niedoinwestowaniem. Od 2011 roku, kiedy dotacja była najwyższa, koszty utrzymania systematycznie rosły, a dotacja malała. Uważam, że na dzień dzisiejszy mojemu teatrowi brakuje 1200000 złotych, żeby podnieść każdemu pracownikowi pensję o 200 złotych brutto. Przy ogólnopolskich podwyżkach płac, to nie są wygórowane żądania dla tak wysoko wykwalifikowanych artystów i fachowców z innych dziedzin. Ten postulat był moim zasadniczym punktem w wystąpieniu konkursowym. Podkreśliłem, że taki wzrost zarobków nie będzie miał w konsekwencji zwiększenia aktywności teatru i ilość spektakli pozostanie bez zmian. Wiedziałem, że moi przełożeni, z których trzy osoby były w składzie komisji konkursowej, nie zgadzają się na zwiększenie dotacji. Moje wystąpienie było więc klasycznym błędem zawodnika, który na starcie funduje sobie punkty karne.

 

Jeden z konkurentów przedstawił brawurowy plan nowej aktywności teatru, w którym była mowa o „wyjściu do ludzi”, „programach edukacyjnych”, „teatrze tętniącym życiem” i wielu innych tego typu deklaracjach, które uważam za puste frazesy, bo teatr tętni życiem wtedy, gdy wieczorem kurtyna idzie do góry i na scenie dzieją się cuda najwyższej próby, a wychodzić do ludzi nie ma potrzeby, skoro to ludzie zasadniczo mają przyjść do teatru. Natomiast najlepszy program edukacyjny, jaki znam, to piękne przedstawienie, po którym dziecko zabrane na nie przez rodziców, zadaje w domu mnóstwo pytań prosząc o wyjaśnienie tego, czy innego cudu. Taka jest moja wiara i dałem jej wyraz podczas przesłuchania. Jednak przeważyło szalę to, że zwycięzca konkursu stwierdził, że program, który zaprezentował, wykona w ramach istniejącej dotacji. No, gdybym siedział w komisji, też bym jemu przyznał palmę pierwszeństwa.

 

Tak więc moja wizja kosztownej opery elitarnej na najwyższym możliwym poziomie muzycznym przegrała z wersją taniej opery ludycznej skupionej na zaspokajaniu istniejących już gustów, zamiast rozbudzania nowych. Nie mam o to do nikogo pretensji, bo jak wielu moich przeciwników zgadzam się, że za pieniądze publiczne nie wystarczy realizować swoje własne ambicje, tylko należy się wsłuchiwać w głosy większości i wychodzić naprzeciw ich postulatom. To przecież sprawdzona doktryna telewizyjna, w której słupki oglądalności decydują o programie i składzie ekipy, która go realizuje. Mogę tylko ubolewać, że nie mam bogatego wujka, który popierałby moje ambicje i pozwolił mi przekonywać innych, że są warte więcej, niż popularne słupki. Czy w takim razie warto było startować w zawodach, które wymagają respektowania określonych reguł, jakich się nie chce przyjąć? Moja odpowiedź wciąż brzmi – warto. Trzeba iść w zawody i próbować bronić wartości, w które się wierzy, dopóki starcza tchu w piersiach. Trzeba też umieć przegrywać – doda ten i ów, ale to już zupełnie inna historia. Nie spotkałem mądrego, który byłby biegły w tej dyscyplinie.

<< Wróć do poprzedniej strony