Instytucje i Instytuty

Nie ma trudniejszego resortu niż Kultura i Sztuka. Wszędzie indziej mamy do czynienia z przejrzystymi i wymiernymi kryteriami. Wiadomo co się opłaca, a co nie, jakie są racjonalne przesłanki decyzji i co jest dobre dla kraju oraz społeczeństwa, które ma nadzieję, że w każdym resorcie dbają o to ludzie kompetentni. W Kulturze i Sztuce kryteria są niejasne, arbitralne decyzje zawsze kontrowersyjne, a pretensji bez liku, bo grupy zawodowe zarządzane przez ten resort odznaczają się wysokim stopniem wiecznego niezadowolenia. W dodatku co pewien czas odzywają się głosy wątpiące, czy ten resort jest w ogóle niezbędny. Niebagatelną trudnością jest również to, że kultura, a jeszcze bardziej sztuka, obejmują terytoria uzależnione od polityki.

W tym świetle dzielenie pieniędzy pomiędzy wiecznie niezaspokojonych artystów jest zadaniem karkołomnym i komplikującym się z roku na rok. Przecież to są pieniądze podatników, które nigdy się nie zwrócą w wymiernych ilościach! Większość inwestycji i płatności w tym resorcie nie podlega ekonomii rynku, która dla sztuki jest tak zabójczo szkodliwa. Żeby to dzielenie jeszcze bardziej zagmatwać, artyści latami nakłaniali odbiorców, by pozbyli się pewności, że istnieje jakaś obiektywna hierarchia wartości wedle której jedne dzieła są wspaniałe, a inne średnie, lub mierne. Nikt już się nie ośmiela wyrażać głośno dezaprobaty wobec knota, na którego obejrzenie, czy wysłuchanie kupił bilet. Jedyne, co wściekły odbiorca może zrobić, to nie kupić następnego.

Wszystko to razem sprawia, że model Światłego Ministra, który dzielił pieniądze w zgodzie ze swoja wiedzą – kto jest wybitny, kto pożyteczny, a kto mierny – jest dzisiaj niemożliwy. Powołuje się więc gremia ekspertów, którzy w różnych, coraz bardziej wyspecjalizowanych dziedzinach sztuki, starają się orientować i opiniować komu ile przyznać, kogo popierać, a kogo zagłodzić. Wielkim atutem tych gremiów jest ich anonimowość. Decyzje obarczają odpowiedzialnością osobę ministra, a ci, co wyrok wydali są bezpieczni i dalej mogą funkcjonować w środowisku artystów, tworzyć swoje dzieła i, o zgrozo, nierzadko przyznawać sobie na nie niebagatelne dotacje. Zwykle beneficjentami najpoważniejszych sum były instytucje artystyczne, czyli filharmonie, teatry operowe, muzyczne i bez muzyczne, zespoły filmowe, muzea i wiele innych jeszcze gatunków, gdzie etatowi artyści pracują osiem godzin dziennie nad doskonaleniem swego warsztatu, próbami i wreszcie prezentacją dzieł w ustalonym przez długoterminowe plany rytmie.

Etaty w tych instytucjach nie są przyznawane dożywotnio, tylko podlegają pozytywnej selekcji, w ramach której lepsi przychodzą, a słabsi i nie wytrzymujący konkurencji muszą odejść. Oczywiście nie jest to proste, bo związki zawodowe, a niekiedy zwykła przyzwoitość pracodawcy nie pozwala na bezzasadne krzywdzenie artystów z godnym szacunku dorobkiem, ale tendencja stałego odnawiania zasobów instytucji jest coraz powszechniejsza. W ten sposób to instytucje artystyczne są ostoją jakości i profesjonalizmu, kształtują wzorce i sprawiedliwy osąd umiejętności. Nie jest łatwo się do nich dostać i bramy tych najlepszych co roku szturmują setki młodych adeptów sztuki, często z całego świata, jak to obserwujemy na przykład w Bałtyckim Teatrze Tańca. Ci, co z braku umiejętności nie dostali się do instytucji, albo nie podjęli takich starań przez wzgląd na wyjątkową odmienność swoich upodobań artystycznych, tworzą potężną armię twórców tak zwanych „amatorskich”. Często wśród nich są wybitni profesjonaliści utrzymujący się z uprawiania sztuki, więc to określenie nie jest już trafne, jak niewłaściwe jest od dawna w sporcie. Ten szeroki ruch nieetatowych artystów wymaga szacunku i poparcia, bo niejednokrotnie cieszy się większym aplauzem publiczności niż niejedna zasłużona instytucja.

Przyznawaniem tego poparcia, czyli konkretnych pieniędzy na projekty zajmują się wyżej wspomniane gremia przy Ministrze Kultury i Sztuki, ale również istniejące przy samorządach różnego szczebla, czyli wszędzie tam, gdzie są pieniądze na kulturę. Te gremia złożone czasem z wybitnych fachowców, a czasem z ludzi przypadkowych, tworzą coraz liczniejsze Instytuty pod różnymi wezwaniami, gdzie popieranie i przydzielanie środków odbywa się w sposób skodyfikowany i uwalnia władze od tej niewdzięcznej pracy. Instytuty stają się jako nowe twory w narodowej kulturze coraz bardziej ekspansywne, no bo przecież ich istnienie codzienne też musi kosztować. Ekspansywność ta głównie jest jednak generowana przez zmieniający się gwałtownie model kultury, w którym jednorazowe projekty, festiwale w co drugim mieście i wydarzenia, jakim z łatwością nadaje się wyjątkową i międzynarodową rangę, zaczynają dominować nad mniej efektowną pracą instytucji artystycznych, gdzie powtarzalność wydarzeń, jak na przykład granie kilkadziesiąt razy tego samego tytułu, nie stwarza zbyt wielkich możliwości brylowania w mediach i na politycznych salonach.

Instytuty w sposób naturalny czują się zatem powołane do popierania wydarzeń i festiwali, niż do jakiejś kosztownej premiery, z którą zgłasza się Instytucja, bo jej budżet nie jest w stanie pokryć takiego wydatku. I tu rodzi się nieuchronny konflikt pomiędzy Instytutami i Instytucjami, który w moich pesymistycznych rokowaniach na temat kultury w Polsce skończy się uwiądem i degradacją tych drugich, a to z kolei w dalszej perspektywie będzie miało wpływ na upadek jakości artystycznych, upolitycznienia wydarzeń, i ich popkulturowej skali, jak na przykład prezentacja filmu o Powstaniu na stadionie. Rzecz jasna długo jeszcze będą istnieć Instytucje – elitarne miejsca uprawiania sztuki wysokiej, której zasady etyczne i estetyczne jednak są bliskie sercom wielu odbiorców. Ale ich fundamentalna dla kultury działalność będzie zależała od tego, czy wszechwładne Instytuty dostrzegą w niej szansę wizerunkową także i dla siebie i spróbują uchwycić równowagę pomiędzy tym, co łatwe, modne i opłacalne, a tym, co trudne, niewdzięczne i prawdziwe.

<< Wróć do poprzedniej strony