Drugi po Bogu

Gdyby bacznie przyjrzeć się najlepszym w Polsce teatrom ostatniej dekady, to po wnikliwej analizie dałoby się ustalić kilka wspólnych punktów, bez których sukces jest niemożliwy. Stabilny budżet, odpowiedzialny kontakt z publicznością, wyrazisty program artystyczny, starannie dobrany zespół i jego solidarna współpraca na próbach, pracowitość poszczególnych komórek, a nade wszystko wybitny artysta stojący na czele teatru, który bezkompromisowo prowadzi zespół w kierunku wytyczonym przez jasno określone wartości – to te najważniejsze punkty układanki, o których pisano już wielokrotnie, o których dyskutujemy i spieramy się w środowisku, czego śladów pełno jest również na tym skromnym blogu.

Mało jednak zwracano uwagę na osobę, bez której dobry teatr nie może istnieć, a która zwykle pozostaje w cieniu kierownika artystycznego. Ten ostatni jest demiurgiem nie podlegającym obiektywnym ocenom, fetowanym przez media i będącym wizytówką teatru, bo to przecież jego arbitralne decyzje fundują rangę instytucji i zespołu. Ten, który pozostaje w jego cieniu, niezależnie od tego, czy oficjalnie jest zastępcą do spraw administracyjnych, czy dyrektorem naczelnym, pozostaje dla szerszej opinii osobą anonimową. Tylko kilku wybitnych menedżerów zdołało wylansować swoje nazwiska i utrwalić się w historii teatru jako ci, co stoją za sterami i sprawiają, że okręt nie tonie. Od Arnolda Szyfmana przez Sławomira Pietrasa po Waldemara Dąbrowskiego mieliśmy ich zaledwie siedmiu moim zdaniem, ale to nie im chciałbym poświęcić ten krótki wywód, tylko tym na wpół anonimowym bohaterom ciężkiego zawodu, który w ostatnich latach staje się powoli niemożliwy do uprawiania ze względu na powolną agonię instytucji artystycznych, uporczywą blokadę wszelkiej skuteczności przez zakute łby związkowców i komplikujące się przepisy, które wkrótce spowodują, że wstęp na sceny teatralne stanie się praktycznie niezgodny z prawem.

Pierwszy, któremu chcę oddać cześć, nazywa się Jerzy Bojar i jest już na zasłużonej emeryturze po wielu latach dbania o Teatr Wielki w Warszawie od czasu, kiedy otwarto jego nowy gmach, aż po niedawne lata, kiedy po krótkim wygnaniu do Poznania, Bojar powrócił do Opery Narodowej i kierował jej zapleczem techniczno-administracyjnym ze zdumiewającą pracowitością. Był moim nauczycielem w zawodzie dyrektorskim i pewnie w jego ocenie nie jestem obiektywny. Powiem więc tylko, że w naszym środowisku utrwaliło się hasło, że jeśli dyrektor teatru ma u siebie Bojara, może spać spokojnie, bo żadne nieszczęście, czy nadużycie teatrowi nie grozi.

Kolejnym „drugim po Bogu”, którego chciałbym uczcić to Krzysztof Torończyk z Teatru Narodowego, gdzie nie planuję żadnych zajęć, więc moja ocena jest bezinteresowna. Uważam, że najwyższe notowania, jakie w tym sezonie zdobył nasz flagowy teatr są oczywiście zasługą mądrej, dalekowzrocznej polityki Jana Englerta i jego uporczywej dbałości o artystyczną powagę powierzonej mu placówki. Ale bez niezawodnego wsparcia dyrektora Torończyka działalność tego teatru nie byłaby tak skuteczna. Długie lata ciężkiej pracy dzień po dniu, bez dzielenia ich na wolne i świąteczne, to imponujący dorobek, za który należą się nie tylko słowa uznania naszego środowiska, ale szacunek i wdzięczność kolejnych ministrów.

Wreszcie trzeci mój faworyt, z którym również nie łączy mnie żadna współpraca i jakieś kalkulacje na przyszłość, to zastępca Andrzeja Seweryna w Teatrze Polskim Marek Szyjko. Jego znajomość prawa i umiejętność poruszania się w gąszczu przepisów rzucała się w oczy już podczas sprawowania nadzoru administracyjnego w Operze Narodowej. Teraz wspierając znakomitego i pełnego idealistycznych pomysłów Andrzeja Seweryna, gwarantuje, że tak skomplikowany twór, jak Teatr Polski z jego zaszłościami, rangą, drugą co do wielkości sceną w Polsce i przynależnością do Mazowsza ze swoim skromnym budżetem, wysuwa się na czoło placówek artystycznych kraju i pokazuje, że wierność literaturze nie musi sprowadzać teatr na margines oczekiwań publiczności.

Takich dyrektorów jest w Polsce więcej i byłoby chwalebne, gdyby medialni kierownicy artystyczni wspomnieli o nich od czasu do czasu i podzielili się z nimi sukcesem, bo oni akurat wiedzą, że bez tych cichych zastępców nie przeżyliby w swoich teatrach ani jednego sezonu. Tak jak i ja nie przeżyłbym w Operze Bałtyckiej bez skromnej i solidnej Danki Grochowskiej. Dziękuję więc jej za lata, które mi poświęciła i na jej ręce składam podziękowania dla tych kilku kobiet, które pilnowały, żebym w swoim artystycznym zapale nie popełnił błędów w cholernej papierologii.

<< Wróć do poprzedniej strony