Czarna Maska

To moje pożegnanie z Operą Bałtycką. Być może jest to moje pożegnanie z operą w ogóle. Pewnie nie wszystkich to interesuje, ale zwierzam się z tego, by chociaż częściowo wytłumaczyć się z funeralnej mszy, jaką stał się dla mnie ten spektakl.

Opowieść o urodzinowym przyjęciu Burmistrzowej w małym miasteczku na Śląsku jest okruchem zwierciadła, w którym przeglądają się problemy Europy sprzed lat, ale również tej dzisiejszej. Ten spektakl jest więc moim pożegnaniem z Europą, którą kochałem i którą wspólnie z milionami wierzących w jej idee starałem się budować przez całe życie. Mój wkład jest skromny, ale nieskalany wątpliwościami w sens tego budowania. Ostatnio jednak dostrzegam fałszywe założenia, jakie budowniczym Europy przyświecały od upadku komunizmu. Idee, w które wierzyłem oparte są na kłamstwach. Straciłem nadzieję, że Europa przezwycięży plemienne waśnie i swoją pychę dawnych kolonizatorów. O tym również jest ten spektakl.

W nadciągającej zagładzie starych wartości być może tkwi ziarno odrodzenia nowego typu człowieka i jakiegoś nowego rodzaju braterstwa. Ale nie chcę w tym brać udziału, ani się tym interesować tak samo, jak nie chcę się interesować nowym gatunkiem teatru muzycznego, który być może powstanie na gruzach dawnej opery. Zwycięstwo popkultury i demokratycznego artyzmu obserwuję ze zgrozą i rozpaczą, że większość tak łatwo dała się oszukać.

„Czarna Maska” mojego Mistrza i drogiego Przyjaciela jest najtrudniejszym arcydziełem operowym, z jakim miałem do czynienia. Wśród setki dzieł, jakie zrealizowałem jako reżyser, to ostatnie wymaga największej precyzji i poczucia odpowiedzialności za każde słowo i każdy takt. Podchodziłem do tej realizacji dwukrotnie. Dopiero za trzecim razem znalazłem tak wspaniałych współpracowników i wykonawców, że odważyłem się doprowadzić swoją pracę do końca. Mam nadzieję, że jej rezultat pozostanie w pamięci mojej drogiej publiczności na długie lata.

<< Wróć do poprzedniej strony