Bezkarność

Ponieważ zarządzam publicznym majątkiem i wydaję pieniądze podatników na działalność artystyczną, moje decyzje podlegają nieustającej kontroli władz najróżniejszych i uważam, że tak właśnie być powinno. Kontroluje mnie organ założycielski, czyli Urząd Marszałka Województwa Pomorskiego poprzez Departament Kultury, któremu bezpośrednio podlegam. Wiele razy w roku muszę przedstawiać szczegółowe sprawozdania z wydatków i zawiadamiać o sumach, jakie planuję wydać. Wciąż muszę się tłumaczyć dlaczego takie, a nie inne decyzje podjąłem i dlaczego to, a nie co innego zaplanowałem. Bez względu na sukcesy, ton tych kontroli jest bardzo krytyczny. Tak być musi, bo to również nie są pieniądze departamentu. Moi zwierzchnicy tak samo muszą się szczegółowo tłumaczyć przed Marszałkiem, a on przed Sejmikiem Wojewódzkim, gdzie każdy z radnych ma prawo dowiadywać się, jak przebiega wydawanie pieniędzy z dotacji przyznawanych przez ów Sejmik.

Ale również każdy radny bywa przepytywany przez swoich wyborców, dlaczego takie, a nie inne sumy idą na twórczość Marka Weissa i jego ekipy. Każdy wyborca może napisać skargę do Sejmiku, Marszałka, czy Departamentu i każda taka skarga ma wpływ na stopień niezadowolenia ze mnie podczas tych wszystkich licznych kontroli, o jakich wspomniałem. A pominąłem milczeniem kontrole Państwowej Inspekcji Pracy, Sanepidu, Straży Pożarnej, NIKu i innych organów szczęśliwie jeszcze mi nie znanych osobiście. Ten system kontroli społecznej jest sprawiedliwy, konieczny i zgodny z duchem demokracji. Pamiętam czasy, kiedy niektórzy uprzywilejowani politycznie dyrektorzy teatrów nie musieli się tłumaczyć przed nikim i jakie katastrofy z tego wynikały.

Ale przecież w teatrze jest jeszcze jeden nadrzędny kontroler – publiczność! Sprawdza ona stan repertuaru głosując nogami na każdym spektaklu, działając w porozumieniu wzajemnym komunikatorów wszelkiej maści, o jakim się nie śniło artystom poprzednich epok wciskającym bezkarnie od czasu do czasu niezły kit. Dzisiaj taki kit jest momentalnie wytykany i tępiony, chyba że zaspokaja popkulturowych wszystkożerców i jest wystarczająco zabawny. Publiczność kontroluje również naszą dyscyplinę pracy i biada, jeśli opóźnimy spektakl o kilkanaście minut. Publiczność wymaga od nas taktu i grzeczności przy udzielaniu wszelkich informacji, a także szacunku do wyrażania przez nią opinii, nawet jeśli są to opinie niesprawiedliwie krzywdzące. Jednym słowem żyjemy i pracujemy w teatrze pod słuszną i wszechstronną kontrolą, ponosimy konsekwencje naszych błędów i znosimy z pokorą kary, jakie nam się wymierza za najdrobniejsze uchybienia.

W takim stanie obywatelskiej dyscypliny i poczuciu, że istnieje sprawiedliwość, patrzę w osłupieniu na to, co dzieje się na innych podwórkach mojego pięknego i wolnego kraju. Wyliczanie różnych nieprawości, które mnie uderzają, zajęło by wiele odcinków bloga, więc nie wspomnę o pladze powszechnych kradzieży, o wyłudzaniu pieniędzy przez notoryczne zwolnienia lekarskie, nie wspomnę o notorycznym niedotrzymywaniu umów ustnych i pisemnych, nie włączę się do chóru lamentujących nad upadkiem moralności polityków, kapłanów i artystów. Świat się gwałtownie zmienia i dawne reguły przestają mieć znaczenie. Trudno. Może więc warto w tej totalnej katastrofie moralności zwiększyć poziom kontroli i egzekwowanie prawa? Dlatego o tym wspomniałem na wstępie. Nie trzeba się obrażać na policjantów, radary gminne i miejskie, kanarków w tramwajach i autobusach, prześwietlaczy na lotniskach i grzebaczy w torbach przy wyjściu z marketu. Oczywiście, że naruszenia wolności osobistej też muszą pilnować specjalni kontrolerzy i nie dopuszczać, by ich koledzy przekraczali granice swych uprawnień. Zresztą tych specjalnych też powinien ktoś pilnować.

Ale nie widzę najmniejszego powodu, by takie skrupuły komplikowały pracę patrolu policji na Monciaku w Sopocie, gdzie po prostu jest zakaz wjazdu, a co dopiero rozjeżdżania z premedytacją przechodniów. Jak to możliwe, że obłąkany bandyta jeździł sobie po najbardziej zatłoczonym spacerniaku w Polsce, a policja interweniowała dopiero wtedy, gdy trzeba było go uchronić przed linczem? Jak to możliwe, że w tak szczególnym i kultowym miejscu, znanym od półwiecza z lipcowego tłoku, był tylko jeden nieudolny patrol? Jak to możliwe, że cała drabina społeczna kontrolerów nie widzi zagrożenia w rajdzie innego wariata po ulicach Warszawy? Te dwie sprawy nie dają mi spokoju w wakacyjne upały i nastawiają mnie wrogo do nadciągających jesienią kontroli w moim teatrze. Czy raz nie można by przysłać do mnie dwóch ospałych funkcjonariuszy, którzy popijali by sobie kawkę u mnie w biurze bez zaglądania w papiery? A zajadłym kontrolerom od finansów powierzyć tych, z którymi nie radzi sobie policja.

A może poważnie Jego Wysokość Fiskus, jako najbardziej skuteczny kontroler zdolny wytropić nawet groszowe oszustwa, pogrzebałby w zeznaniach podatkowych szosowych bandytów i wymierzyłby im jakąkolwiek karę, żeby tylko nie uszli cało w aurze niewinności. Al Capone skończył w więzieniu za machlojki podatkowe, bo nie można mu było udowodnić morderstw i grabieży. Musi przecież istnieć jakaś sprawiedliwość.

<< Wróć do poprzedniej strony